1 sty 2021

Rozdział 83

 Rozdział 83 

"De suis homines laudibus libenter praedicant*"




"'Cause all I ever want is you to listen

Your voice, it seems so close yet so distant

I'm out here on my own, want your attention"

Somebody – Michael Rice


♫ Somebody ♫ 



Patrzyłem na niego. Zachowywał się niczym małe dziecko, które dostało upragnionego cukierka. Był w euforii, do której pewnie się przyczyniłem, ponieważ poddałem się i okazałem słabość. Wreszcie widział mnie takiego, jakiego pragnął zobaczyć od zawsze. Sługę, który nie potrafi mu się postawić. Tak właśnie traktował swoich Śmierciożerców.

— Idziemy — nagle warknął, ciągnąc mnie boleśnie za ramię. Syknąłem cicho, protestując.

Nim zdążyłem coś powiedzieć, znaleźliśmy się w innym miejscu. Od tych przeskoków w czasie dostałem migreny, ale posłusznie szedłem za Tomem. Znajdowaliśmy się na jakiejś ruchliwej ulicy w mugolskim świecie. Zastanawiało mnie to, czego ten gad mógł tutaj szukać. W końcu mogole są tyle warci co nic. Miałem wiele pytań, ale po wcześniejszym zachowaniu Voldemorta wolałem milczeć. W końcu sam zacznie mówić. On zawsze mówi i mąci mi w głowie, a ja... chciałbym chwili spokoju.

Po kilkunastu minutach szybkiego marszu doszliśmy do jakiejś knajpki o jakże zachęcającej nazwie – Dark. Tak, właśnie tego pragnąłem w tym momencie... aby użerać się z podejrzanymi osobami. Weszliśmy do środka i moje obawy się niestety się potwierdziły.

Bar najprawdopodobniej nie był na liście ciekawych obiektów, a osoby, które tam przebywały, nie zaliczały się do przyjaznych. Może to źle, że oceniam ludzi po wyglądzie, a gdy spojrzałem na tych wielkoludów, przez moje ciało przeszedł dreszcz niepokoju. Lepiej było nie narażać się im, jeśli chciałoby się wyjść stąd żywym.

Rozejrzałem się po wnętrzu, by znaleźć współtowarzysza swej niedoli. Znalazłem go na końcu baru. A wraz z nim jego młodsza wersja, która dyskutowała z jakimś mężczyzną po prawej stronie. Stanąłem niedaleko, oczekując, że Voldemort wyjaśni, po co tak właściwie tutaj jesteśmy. Nie minęła minuta, a były Ślizgon zaczął mówić.

— Zniknąłem na dekadę. Wyjechałem z Wielkiej Brytanii, aby... — zamyślił się, jakby chciał znaleźć odpowiednie słowo — odnaleźć siebie. Wiem, może zabrzmieć irracjonalnie, ale właśnie tak było. Miałem wtedy jasny cel. Przez te dziesięć lat spotkałem wiele osób, a niektóre z nich bardzo mi pomogły się stać tym, kim jestem. Nie uwierzysz, ale to właśnie tutaj, w tym barze, w Amsterdamie, spotykały się wielkie umysły.

Rozejrzałem się ponownie. Nie bardzo mi to przypominało klub geniuszy. Już bardziej prawdopodobny byłby klub resocjalizacji dla byłych więźniów. Właśnie tak wyglądała większość obecnych tutaj gości – jakby przed chwilą opuścili mury więzienia i niejedno mieli na sumieniu. Wytatuowani i potężnie zbudowani patrzyli z niechęcią na innych.

— Wbrew pozorom, wielu czarodziei tutaj przychodziło. Wiesz, co najchętniej zwiedzają turyści w Amsterdamie? — pokiwałem przecząco głową. ֫— Dzielnicę De Wallen. I to właśnie tam się teraz udamy.

Muszę przyznać, że nie kojarzyłem tej nazwy i zupełnie nie spodziewałem się tego, co tam zastałem.

— De Wallen, mój drogi chłopcze, to dzielnica czerwonych latarni, która słynie głównie z... — uśmiechnął się upiornie — licznych domów publicznych.

Aż się zatrzymałem. Voldemort zabrał mnie na ulicę pełną burdelów?!

— Co my tutaj robimy? — zapytałem szybko.

— Mieszka tutaj bardzo... ciekawy czarodziej. To właśnie on zademonstrował mi kilka wybitych tortur. Jednak myślę, że nie są to widoki dla tak wrażliwego nastolatka. Ja w twoim wieku byłem już trochę bardziej doświadczony.

Doszliśmy do jednego z wielu kolorowych lokali, który neonami próbował zachęcić do wejścia. Jak się okazało, w środku znajdował się bar. Szybko podeszliśmy do jednego ze stolików.

Siedział tam starszy mężczyzna i popijał powoli drinka. Zauważyłem, że obok niego siedzi młodsza wersja Voldemorta. Rozmawiali o czymś.

— To jest Kazuya Kobayashi. Wybitny japoński czarodziej, który zna się na swoim biznesie. — wyjaśnił.

W tle można było usłyszeć muzykę, a chwilę później pojawiły się tancerki. Odwróciłem szybko od nich wzrok, skupiając się Kobayshim.

— Odkryłem ostatnio kilka ciekawych eliksirów. — odezwał się starszy czarodziej. — Myślę, że będziesz nimi zainteresowany.

Młody Tom patrzył z uwielbieniem na Kazuya, który właśnie zaczął opowiadać o właściwościach mikstur, które stworzył. Jedna z nich roztapiała narządy płciowe kobiet. Mówił, że ten eksperyment zakończył się śmiercią dziesięciu kobiet, ale w końcu doszedł do perfekcji. Teraz eliksir ten sprawia niewyobrażalny ból, a ofiara jest cały czas przytomna, co podwaja przyjemność z tortur.

— Wyobraź sobie, jak wtedy patrzą na Ciebie. Błagają o litość, a Ty napawasz się ich cierpieniem i śmiejesz się im prosto w twarz. — westchnął rozmarzony. — Cudowne uczucie.

Wzdrygnąłem się na myśl o bólu, jaki musiały znieść te kobiety. Kolejnym eliksirem, o którym rozmawiali, był łamacz kości. Kabayashi udoskonalił formułę i teraz może sam wybierać miejsce, w którym kości mają zostać złamane. Oczywiście zrobił to tylko po to, aby napawać się ich cierpieniem. Krok po kroku łamał kości swoich ofiar. Trwało to godzinami.

Ostatnim eliksirem, który zaproponował Tomowi, był eliksir złych wspomnień. Działał on podobnie do mugolskich narkotyków. Otumaniona, nie wiedziała, co się dzieje, a w głowie przeżywała najgorsze wspomnienia ze swojego życia, które dodatkowo spotęgowano. Jej mózg po tym był niezdatny w do użytku.

— Myślałem jednak, że będziesz miał coś bardziej... mrocznego. — odparł Tom, który sprawiał wrażenie znacznie rozczarowanego.

— Na to przyjdzie jeszcze czas, Tom. Nie mogę odkryć przed Tobą wszystkich kart. — powiedział tajemniczo. — A teraz wybacz, ale jestem umówiony z tą ślicznotką. — wskazał na jedną z kobiet, która tańczyła wokół rury. Po chwili podniósł się i zniknął w tłumie.

Młody Tom pogrążony w swoich myślach siedział jeszcze kilka minut przy stoliku.


* * *


— Eliksiry Kabayashiego przydały mi się nie raz. Przez te dziesięć lat mój wygląd trochę się zmienił. To wtedy zacząłem coraz bardziej pragnąć nieśmiertelności. Musiałem zacząć działać, a więc tworzyć kolejne horkruksy.

Teraz Tom ze wspomnień niewiele różnił się o tego, którego znam. Jego twarz już nie była dziecięco naiwna, teraz była zdeformowana licznymi rozczepieniami duszy.

— Od teraz oficjalnie nazywałem się Lordem Voldemortem.

Sceneria ponownie się zmieniła i staliśmy w jednym z korytarzy Hogwartu i przypatrywaliśmy się rozmowy pomiędzy Dumbledore'em a Tomem.

— Ponownie chciałem nauczać Obrony przed Czarną Magią, ale dyrektor, wówczas był to już Dumbledore, odmówił mi. — zamyślił się na chwilę, wpatrując w siwowłosego czarodzieja. — Od zawsze mnie podejrzewał, więc wcale mu się nie dziwię. Właściwie... miałem inny cel niż nauczenie. Szkoła to idealne środowisko do urabiania sobie młodych umysłów.

— Chciałeś wykorzystać Hogwart jako... — nie mogłem uwierzyć, jak bardzo był bezczelny.

— ... miejsce rekrutacji — dopowiedział. — Masz rację. Tylu uczniów, których mógłbym uformować na swoich sługów. — rozmarzył się, a ja skrzywiłem się, ciesząc się, że Dumbledore odmówił mu posady nauczyciela.

Teraz obserwowaliśmy, jak Tom przemierza korytarze Hogwartu. Czegoś szukał, ale jeszcze nie wiedziałem czego.

— Moja wizyta w Hogwarcie miała jeszcze jeden punkt. Ukryłem jeden z moich horkruksów – diadem Roweny Ravenclaw – w Pokoju Życzeń. A także zrzuciłem klątwę na stanowisko nauczyciela Obrony przed Czarną Magią, co zapewne już wiesz.

Doskonale pamiętałem, że co roku zmieniał się nauczyciel. Nadal najlepiej wspominam Remusa i może gdyby nie ta klątwa poziom nauczanie tego przedmiotu byłby dużo wyższy i nie musiałbym organizować Gwardii Dumbledore. Kto wie, jak to by się dalej potoczyło?

— Pokój Życzeń był idealnym miejscem na schowanie mojego cennego artefaktu. Wierzyłem wtedy, że nikt go nie odnajdzie. Jednak po latach już wiem, że się myliłem. Srogo za to zapłaciłem.

Popatrzyłem na niego i od razu zmarszczyłem brwi. Wydawał się wściekły. Nie byłem pewny czy to na mnie, czy to na młodszego siebie. Wiedziałem jednak, że lepiej darować sobie uwagi i milczeć, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń.

Na szczęście szybko się pozbierał i ponownie nas przeniósł. Tym razem znajdowaliśmy się na jakiejś polanie. Domyśliłem się, że jesteśmy już poza Hogwartem, ponieważ otaczał nas krąg śmierciożerców. Na środku stała młodsza wersja Voldemorta, a oprócz niej ciała dwóch osób.

Kobieta i mężczyzna byli nieprzytomni. Śmierciożercy w ciszy przyglądali się swojemu panu, który przechadzał się pomiędzy swoimi ofiarami, głęboko pogrążony w myślach. Obawiałem się tego, co za chwilę mogę zobaczyć.

— Wilkes! — krzyknął tak głośno, że zadrżałem. — To twój prezent. — powiedział, wskazując na nieprzytomne osoby.

Z szeregu śmierciożerców wystąpił mężczyzna i podszedł powoli do swojego pana. Zdjął maskę i uśmiechnął się tak szeroko, że chyba musiało go aż to zaboleć. Tom ze wspomnienia odwrócił się niewzruszony i odszedł kawałek dalej by móc lepiej wiedzieć rozgrywany spektakl.

Wilkes ocucił parę. Ci gwałtownie chcieli się podnieść, ale czarodziej był szybszy i rzucił na nich Drętwotę. Następnie mężczyznę odsunął od kobiety i związał magicznymi sznurami. Zdjął Drętwotę, by usłyszeć, co takiego ma on do powiedzenia.

— Wilkes, przecież jesteśmy przyjaciółmi... — wymamrotał mężczyzna. —Nigdy bym Cię nie zdradził.

— Przestań kłamać. Wszyscy – wskazał dłonią dokoła – wiedzą kim tak naprawdę jesteś i komu służysz.

— Nie... Nie... Nie... — prosił żałośnie, ale śmierciożerca nic sobie z tego nie robi.

— Jesteś zdrajcą, a zdrajca musi zostać wyeliminowany. Nie bój się, nie zginiesz zaraz. Najpierw popatrzysz, jak twoja żona cierpi.

— Nie! — wykrzyczał. — On jest niewinna!

— I to właśnie niewinni cierpią najbardziej. — odparł.

— Proszę... nie rób tego. Zabij mnie, a ją wypuść. — błagał.

Spojrzałem na jego twarz pełną cierpienia, gdy zauważył, że śmierciożerca podszedł do jego ukochanej. Próbował krzyczeć, ale Wilkes ponownie rzucił na niego Drętwotę. Nie miał już jak walczyć. Wiedział, że przegrał. Przegrał nie tylko swoje życie, ale i życie swojej żony, która nic nie wiedziała i nie powinna odpowiadać za jego grzechy. Niesprawiedliwość napędzała ten świat.

— Wilkes — odezwał się Voldemort po raz pierwszy, odkąd mnie tu zabrał — od zawsze miał pewne... upodobania do mugolskich tortur. Preferował ręczną robotę i dużo krwi. Właściwie chyba trochę za bardzo jej pragnął, ale u mnie każdy psychopata mógł zaspokoić swoje żądze.— wyjaśniał. — Teraz nadarzyła się okazja do ukarania jednego z moich śmierciożerców za zdradę innego towarzysza i Wilkes wydawał się odpowiedni do tej roboty. Przyjrzyj się dokładnie, facet miał pojęcie o wyrachowanych torturach. Wiedział gdzie uderzyć, aby bolało najbardziej. Właśnie dlatego zmusił Joe'go do patrzenia jak krzywdzi osobę, na której mu zależało. Wiesz, gdyby go zabił, nie byłoby zabawy. — Zabawy? A więc to jest definicja zabawy dla Voldemorta. Świetnie, teraz będę musiał oglądać jego krwawe mordy, aby on mógł się dobrze bawić.

Śmieciożerca pochylił się nad żoną Joe'ego, usunął zaklęcie. Kobieta była mugolką, o czym dowiedziałem się chwilę później, dlatego Wilkes nie miał większych problemów z utrzymaniem kobiety w jednej pozycji. Rzucił na nią kilka razy Crucio, ale wiedziałem, że było to tylko preludium do prawdziwego przedstawienia.

Nagle w jego dłoniach pojawił się nóż, a sam śmieciożerca zaczął się śmiać, gdy kobieta zaczęła krzyczeć. Jego twarz przedstawiała euforię. Te tortury na pewno sprawiały mu wielką przyjemność. Pokazał kobiecie nóż i delikatnie naciął jej policzek. Z rany pociekła strużka krwi. Ponowił to samo z drugiej strony. Teraz krew mieszała się ze łzami na policzkach. Popatrzył na swoje dzieło i pochylił się nad jej twarzą, po czym zlizał czerwoną ciecz. Widząc to, zebrało mi się na wymioty.

— Teraz już wiesz, co miałem na myśli. — Wskazał dłonią na śmieciożercę. — Zaraz przejdziemy dalej, ale tymczasem przyjrzyj się dokładnie. Jestem ciekawy, co powiesz na koniec.

Ja już wiedziałem, co powiem na koniec: śmierciożercy to psychopaci. Wróciłem spojrzeniem do kobiety w momencie, w którym Wilkes odcinał palce u rąk. Robił to wyjątkowo powoli, tak by ofiara cierpiała, jak najdłużej. Kobieta krzyczała przeraźliwie. Gdy skończył z dłońmi, przeniósł się na stopy.

— Chcę ją poćwiartować, mój drogi Joe. — oznajmił śmierciożerca mężowi swojej ofiary.

Joe bezgłośnie krzyczał, ale Wilkes szybko się od niego odwrócił i całą uwagę poświęcił kobiecie, która właśnie straciła przytomność.

— Tak się bawić nie będziemy — powiedział i rzucił Enervate.

Wziął w dłonie nóż i powoli skierował się ku stopom. Nie śpieszył się – robił to wręcz monotonnie. Gdy skończył ze stopami, wziął się za piersi. Po chwili ich nie było. Joe już nie krzyczał. Wpatrywał się w niego, a po jego policzkach płynęły łzy. Cierpienie było doskonale widoczne w oczach mężczyzny. Jego cały świat właśnie się zawalił. Zdawał sobie sprawę z tego, że on będzie kolejny; że nie ma już szans na żaden ratunek. Został pokonany.

Wilkesowi znudziła się chyba robota nożem, ponieważ wyczarował sobie tasak. Odwrócił się do Joe'ego chcąc mu pokazać swoją nową zabawkę. Kobieta już najprawdopodobniej nie żyła. Wykrwawiła się na oczach swojego męża, który był bezradny. Śmierciożerca teraz przyśpieszył. Najpierw odciął ramiona i nogi. Na koniec jednym płynnym ruchem odciął głowę od reszty ciała. To, co zostało z kobiety, kopnął z dala od siebie. Poniósł jeden z palców i podszedł bliżej Joe'ego.

— To zostawię sobie na pamiątkę. — oznajmił spokojnie. — Dołączy do mojej kolekcji.

Joe próbował się uwolnić, ale został brutalnie uderzony w twarz, przez co stracił przytomność.


* * *


Znajdowaliśmy się w jakimś domu, ale przypominał on żadnego z miejsc, które już zdążyliśmy z Voldemortem odwiedzić. Było w nim stosunkowo ładnie, to znaczy nigdzie nie widziałem trupów, co dla mnie było wielkim plusem. Czarnoksiężnik przyzwyczaił mnie do makabrycznych widoków, dlatego poczułem miłe zaskoczenie. A po torturach Wilkesa miałem dość krwi.

— Po co tutaj jesteśmy? — zapytałem ostrożnie, próbując wybadać, w jakim humorze obecnie się znajduje.

— Tutaj spotkałem się z czarodziejem, dzięki któremu udało mi się rekrutować olbrzymy i wilkołaki. Ten staruszek — wskazał dłonią na mężczyznę, który nagle znalazł się na kanapie — miał wielką wiedzę. Niestety, gdy już ją ujawnił, stanowił dla mnie wielkie niebezpieczeństwo, więc...

— ... go zabiłeś — przerwałem mu, wiedząc, co tak naprawdę chciał powiedzieć. Z każdą kolejną minutą z Voldemortem rozumiem go coraz bardziej i jednocześnie potęguje się moja nienawiść do niego.

— Tak. — zamyślił się i odwrócił wzrok od staruszka, który spokojnie czytał gazetę na kanapie.

Voldemort patrzył teraz przez okno, przez które było widać wierzchołki gór. Wpatrywał się w niej z wielkim rozżagwieniem. Czyżby miłe wspomnienia? Tam też pewnie kogoś zabił. Właśnie tak prezentowała się jego definicja słowa „miłe”.

Piorun przeciął tę ponurą ciszę. Nie mając wyboru, patrzyłem na czarodzieja, który nie zwracał na mnie uwagi, pogrążony w myślach. Nie wiem, ile czasu minęło, nim ponownie zaczął mówić, ale niezwykle mnie to ucieszyło. Miałem nadzieję, że powoli zbliżał się koniec naszej wycieczki. Co jeszcze chce mi pokazać? Już wiem o nim wszystko.

— Grupa moich Śmierciożerców powoli się rozrastała. Jedni dołączyli do mnie, pragnąc mojej wiedzy, inni chcieli osiągnąć to, czego tak pragnąłem, a kolejni ze strachu. — skrzywił się lekko, jakby samo to sprawiało, że robi mu się niedobrze.

Nagle moim oczom ukazały się obrazy, które mijały bardzo szybko. Jakbym oglądał przyśpieszony film, w którym co chwila zmieniały się sceny. Widziałem tylko Śmierciożerców, którzy bawili się ze swoimi ofiarami. Torturowali, zabijali i napawali się z bólu innych. Widziałem setki scen, ale żadnej nie przyglądaliśmy się tak uważnie, jak torturował Wilkes. Nie do końca wiedziałem, czemu to miało służyć. Co takiego chciał mi przez to pokazać? Przecież już dobrze wiedziałem, że Śmierciożercy to psychopaci.

— Bawiliśmy się wyśmienicie i wtedy aurorzy do nas dołączyli. Im też pozwolono na używanie Zaklęć Niewybaczalnych na moich sługach. Wyobraź sobie, że Ministerstwo skazywało moich przyjaciół na pocałunek dementora nawet bez rozprawy w Wizengamotu.

— A czy to nie było oczywiste, że byli winni? — spytałem. Nie mieściło mi się w głowie, że Voldemort uważał, że to, co robili, było bezkarne.

— Harry, wydaje mi się, że widzisz to ze złej strony. — zakpił. —Teraz pomyśl, co ty zrobiłeś. A czy ukarano cię za to? — wzdrygnąłem się na samą myśl, ale miał on rację. Nie zostałem ukarany, a robiłem naprawdę złe rzeczy. Większość pamiętam jak za mgłą, ale to nadal byłem ja. Nigdy nie wziąłem odpowiedzialności za swoje zbrodnie. —Tak samo było wtedy. Myślisz, że Zakon Feniksa był święty? Nie, wcale tak bardzo się od nas nie różnili.

— Ale walczyli w słusznej sprawie i w obronie innych. A wy co? Wy potrafiliście tylko zabijać. — zdenerwowany podniosłem głos.

Czarodziej zignorował moja wypowiedź, a mnie roznosiły emocje. Porównuje Zakon Feniksa do swoich czarodziejów. Jak on w ogóle śmie?

— Nikt nie był w stanie mnie pokonać. — powiedział z pewnością wyczuwalną w głosie. —Wszyscy bali się choćby podnieść na mnie swoją różdżkę.

— Nie Dumbledore — zaznaczyłem, czym go zdenerwowałem.

— Tak, tylko on. — potwierdził, a ja uśmiechnąłem się z wyższością. — Co nie skończyło się dla niego zbyt dobrze... pragnę ci przypomnieć. — mój uśmiech znikł szybciej, niż się pojawił.


* * *


Ciało chłopca leżało bezruchomo na łóżku otoczone przez potężne pole siłowe. Wybawca ogrodził się murem przed wszystkimi, nawet tymi, którzy chcieli mu pomóc. Jego skóra była przeraźliwie blada i gdyby nie ledwo wyczuwalny puls można byłoby uznać go za martwego.

Wielu już tak uważało, ale dla swojego dobra nie mówili tego głośno. W końcu Złoty Chłopiec praktycznie sam do tego doprowadził. Inni zaś sądzili, że zasłużył na to, co go spotkało. Zakon Feniksa był podzielony, a świat czarodziejów nadal pozostał nieświadom zbrodni Wybrańca, czekając na swojego bohatera, który w tajemniczych okolicznościach zaginął.

Ale czy na pewno warto było go w ogóle ratować? Czy to nie oznacza, że ponownie nastaną mroczne czasy dla czarodziejów? Kolejny Czarny Pan się narodzi, a oni znowu będą musieli walczyć o swoje życie. Chronić innych i dążyć do pokoju. To błędne koło – jeden ginie, drugi się rodzi.

Teraz o tego chłopca walczy kilka światów. Ale czy on byłby w stanie zrobić to samo dla nich? Pokonać Śmierć i uratować dobro, skoro sam jest skalany mrokiem?

— Zostało mu kilka godzin. — oznajmił Alexander, który po wielu próbach przebicia się do Harry'ego wyczuł wreszcie jakąś iskierkę z jego umysłu.

Severus poderwał się gwałtownie z miejsca i spojrzał na mężczyznę ze złością.

— Jak to kilka godzin? — wykrzyczał. — Miałeś coś zrobić, White! Tymczasem on umiera.

— On już praktycznie jest martwy. To kwestia kilku godzin nim upadną osłony i... nie będzie wątpliwości.... — White bardzo nie chciał tego mówić, ale chyba nie musiał.

Wszyscy obecni w tym pomieszczeniu zdawali sobie z tego sprawę, że to koniec. Nie ma już ratunku. Śmierć dopięła swego.


_____________________________________

* De suis homines laudibus libenter praedicant (łac.) – O swojej chwale ludzie chętnie głoszą
Gajusz Juliusz Cezar (100 – 44 p.n.e.) – polityk, wódz, dyktator i pisarz

"'Cause all I ever want is you to listen

Your voice, it seems so close yet so distant

I'm out here on my own, want your attention"

Somebody – Michael Rice

(Bo wszystko, czego kiedykolwiek pragnę, to żebyś słuchał

Twój głos wydaje się tak bliski, ale tak odległy

Jestem tu sam, chcę twojej uwagi)

_________________________

Cześć w Nowym Roku :)

Dawno mnie tutaj nie było. Nowy post miał się pojawić już dawno temu. Większość tego rozdziału czekała już napisana od września, ale dopiero teraz dopisałam resztę. 

Zbliżamy się powoli do końca. Początkowo chciałam, aby ta część miała trzydzieści rozdziałów, ale teraz zmieniłam zdanie i myślę, że zmieścimy się w dwudziestu, więc przed nami jeszcze siedem rozdziałów. Bardzo bym chciała zakończyć to opowiadanie w tym roku i będę do tego dążyć. 

Kolejnego rozdziału możecie się spodziewać w lutym ;)

Szczęśliwego Nowego Roku! :)

Alexx

12 lip 2020

Rozdział 82

Rozdział 82
"Nomquam periculum sine periculo vincitur*"





"When I was young, I felt immortal
And not a day went by without a struggle
I lived my days just for the nights
I lost myself under the lights"
Lady Gaga – Sine from above (with Elton John)






— To gdzie teraz? — zapytałem mimo woli, chcąc przyśpieszyć naszą wycieczkę.
Ostatnio Riddle coraz częściej pogrąża się w swoich myślach, a ja nie mam nic lepszego do roboty, więc staram się przywoływać go do rzeczywistości. Po cichu liczyłem, że dzięki temu szybciej będzie po wszystkim.
Tom zerknął na mnie i chwilę później staliśmy już w innym miejscu. Szybko zorientowałem się, że jest klasa, w której spotykaliśmy się podczas spotkań Klubu Ślimaka. Już wiedziałem, co takiego chce mi pokazać.
— Horacy Slughorn był niezwykle... łasy na komplementy. Wiedziałem jak do niego dotrzeć. Na pewno wiesz, że lubił otaczać się sławnymi ludźmi. — prychnąłem. Dobrze zdawałem sobie z tego sprawę. Nauczyciel faworyzował swoich ulubionych uczniów. – Byłem jednym z nich. Miałem także pewność, że on wie coś, co będzie mi przydatne.
Zwróciłem uwagę na Slughorna, którego wygląd niewiele się różnił od tego, co zapamiętałem.
— Byłem w nocy w bibliotece... — odezwał się młody Tom. — W Dziale Ksiąg Zakazanych i natknąłem się na coś dziwnego, o dosyć rzadkim rodzaju magii. — Nauczyciel posłał mu zaintrygowane spojrzenie. — Nazywało się to, z tego, co zrozumiałem... horkruks.
Horacy jakby zamarł. Chyba wyczuł, że ta rozmowa nie będzie należała do miłych. Miałem wrażenie, że nauczyciel boi się odmówić swojemu uczniowi. Już wtedy Tom miał talent do zastraszania i stwarzania wokół siebie mrocznej aury.
— Słucham? — wykrztusił zdziwiony i jednocześnie zaniepokojony.
— Horkruks. — odpowiedział pewnie chłopiec, jakby nie widział nic dziwnego w poruszaniu tego tematu. — Natknąłem się na ten termin podczas czytania i nie wszystko udało mi się zrozumieć.
— Nie wiem, co czytujesz, Tom, ale to mroczna magia, bardzo mroczna. — zwrócił mu uwagę, ale chłopiec się tym nie przejął.
— Dlatego też... — przeciągnął swoją wypowiedź, aby zaakcentować to, co ma właśnie powiedzieć. — przyszedłem do pana.
Spojrzałem na Riddle'a. Wpatrywał się w scenę z wielkim zadowoleniem. Pewnie przypominał sobie, jak wielką satysfakcję wtedy czuł i jaką miał kontrolę nad sytuacją.
— Widzisz, Harry... wystarczyło połechtać jego ego i dostałem gotową odpowiedź. — odezwał się Voldemort.
Skrzywiłem się, wiedząc, że to prawda. Oczywiście, nauczyciel wpadł w pułapkę i zaczął opowiadać to, co wie o horkruksach.
— Horkruks to obiekt, w którym dana osoba zapieczętowała część swojej duszy. — mówił nauczyciel.
— Ale nie rozumiem, jak to działa — młody Tom podszedł bliżej nauczyciela, oczekując na odpowiedź.
— Rozczepiasz swoją duszę i ukrywasz daną jej część w jakimś obiekcie, co służy za ochronę, na wypadek, gdyby ktoś cię zaatakował i zniszczył twoje ciało. — powiedział szybko, jakby chciał już skończyć tę rozmowę.
— Ochronę? — spytał zdziwiony i jednocześnie podekscytowany. To chyba było to. To, czego tak bardzo pragnął. Nauczyciel nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie dostarcza temu młodemu człowiekowi wiedzy, którą z pewnością wykorzysta.
— Ukryta część duszy żyje nadal. Innymi słowy, nie możesz umrzeć. — stwierdził Slughorn.
Tom zaczął się zastanawiać, spoglądając w ogień w kominku. Teraz w jego głowie zapewne roiło się tysiące myśli o nieśmiertelności.
— Ale jak rozszczepić duszę, panie profesorze? — zapytał.
— Myślę, że znasz już odpowiedź na to pytanie, Tom. — zrezygnowany wpatrywał się w swojego ucznia.
— Poprzez morderstwo...
— Tak. Morderstwo rozszczepia duszę, gdyż jest to zbrodnia przeciwko naturze. — wyjaśnił Slughorn.
Spojrzałem na Toma, który właśnie delikatnie wodził palcem po pierścieniu na swoim palcu. Jakby z uwielbieniem i wielką czcią. Odwróciłem wzrok i spojrzałem na nauczyciela.
— Czy duszę można rozszczepić tylko raz? — zapytał chłopak. — A nie na przykład siedem razy?
— Siedem?! — Horacy był wzburzony. — Na brodę Merlina, Tom! Czy rozważanie morderstwa jednej osoby nie jest wystarczająco złe? Rozszczepić duszę na siedem części? — mężczyzna był tak zszokowany, że trudno było mu mówić. — My tu tylko teoretyzujemy, prawda Tom? — nagle zapytał.
— Oczywiście, panie profesorze. — odpowiedział posłusznie. — To będzie nasza mała tajemnica.
Wspomnienie rozwiało się i stanęliśmy w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Voldemort usiadł na jednej z kanap. Ja nadal stałem i przyglądałem mu się aż do chwili, kiedy gestem wskazał, bym usiadł naprzeciwko. Niechętnie to zrobiłem, oczekując, że Voldemort zacznie mówić, ale nic takiego się nie stało.
— Nic nie powiesz? — spytałem, chcąc go sprowokować.
Chyba wyrwałem go ze swoich przemyśleń, bo spojrzał na mnie gwałtownie, nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Szybko się otrząsnął i odezwał się.
— Jak wiesz, stworzyłem siedem horkrusksów. Pragnąłem, by reprezentowały coś sobą. Zawsze traktowałem Hogwart jak swój dom. Właściwie nigdy przedtem nie miałem miejsca, które mógłbym nazwać domem. — skrzywiłem się. — Widzisz, Harry, ile nasz łączy. Wcale nie jesteśmy przeciwieństwami. Jesteśmy do siebie bardzo podobni.
— Nigdy nie będę taki jak ty. — powiedziałem twardo pewny tego, co mówię.
— Jak to mówią mugole: pożyjemy... zobaczymy. — parsknął. — Ale wróćmy na razie do horkruksów. Miałem już coś, co było związane z Slytherinem, dlatego postanowiłem, że odszukam przedmioty związane z innymi domami. Wiedziałem, że są wyjątkowe i ich odnalezienie będzie wielkim wyzwaniem, a ja uwielbiam wyzwania. Tuż pod nosem miałem osoby, które mógłby mi pomóc. Dlatego pozwolisz, że opuścimy te niezwykle przyjemne dla oka kwatery Slytherinu i przeniesiemy się w głąb zamku? — chyba mieliśmy odmienne zdanie co do wystroju Pokoju Wspólnego Ślizgonów, ale nie odezwałem się choćby słówkiem na ten temat. A wracając do pytania... Było to pytanie retorycznie, więc nic nie odpowiedziałem. I tak nie miałem tutaj kontroli.
— Oto Helena Ravenclaw, córka sławnej Roweny Ravenclaw. — znajdowaliśmy się w jednym z korytarzy Hogwartu. Przyglądałem się, jak młody Tom rozmawia z duchem. — Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o diademie, który obdarzał mądrością każdego, kto go nosił. Należał on do Roweny. Helena była okropnie zazdrosna o mądrość swojej matki i ukradła go. Niedługo po tym Rowena zachorowała, ale według legendy zrozpaczonej matce pękło serce. Wystarczyło okazać trochę współczucia Szarej Damie i wyśpiewała mi, gdzie ukryła diadem.
Voldemort odwrócił się i szybko odszedł, a ja poszedłem za nim. Doszliśmy do Wielkiej Sali, gdzie właśnie odbywała się ceremonia zakończenia roku. Obserwowałem Toma, który z wielką radością przyjmował nagrody.
— Wtedy wszyscy myśleli, że będę pracował w Ministerstwie, że będę ich pionkiem. I zobacz, do czego to doprowadziło. Los bywa przewrotny, prawda? Potem oni wszyscy drżeli na myśl o mnie. To oni byli moimi pionkami. Zawsze powtarzali mi, że daleko zajdę. I co? — spojrzał na mnie. Wzruszyłem ramionami. — I tak się stało. — zakończył.
Spoglądałem na niczego nieświadomych nauczycieli, którzy cieszyli się z tak zdolnego ucznia, nie wiedząc, że wkrótce to on będzie ich zagładą. Nie mogłem uwierzyć, że nic nie zauważyli albo że bali się cokolwiek powiedzieć. On miał ich w garści. Manipulator idealny.
Pstryknął palcami i ponownie się przenieśliśmy. Staliśmy na jakiejś polanie, którą otaczały drzewa. Nie rozpoznałem jej i raczej na pewno nie był to Zakazany Las.
— Po ukończeniu Hogwartu udałem się do Albanii. Chciałem jak najszybciej odnaleźć diadem i zamienić go w swojego horkruksa. Żadnemu czarodziejowi nie udało się rozerwać duszy na więcej niż dwie części. Dusze z reguły są niepodzielne. Dlatego by dokonać tego, musiałem zabić. Wiesz, że nie był to dla mnie problem. Slughorn uważał, że nawet jedna zbrodnia jest rzeczą straszną, a ja planowałem ich aż siedem. Gdy już wiedziałem, że to da mi nieśmiertelność, jak najszybciej chciałem je stworzyć.
— I właśnie dlatego znajdujemy się teraz... pośrodku niczego. — zakpiłem.
— Ależ nie, Harry. Jesteśmy w puszczy w Albanii, która, muszę przyznać, jakoś mnie przyciąga. To tutaj odnalazłem diadem. — obserwowaliśmy, jak Tom przeszukuje las. — Kilka wieków temu Helena Ravenclaw ukrywa go w dziupli. Było to dosyć mozolne zajęcie, ale w końcu go znalazłem. Wiesz, że kilkaset lat temu odrywała się tutaj prawdziwa tragedia?
Pokręciłem głową, nie wiedząc, co ma na myśli.
— Rowena rozkazała Baronowi, aby ten odnalazł jej córkę. Musisz wiedzieć, że Baron darzył Helenę wielkim uczuciem, więc od razu przystał na polecenie Ravenclaw. Ty go znasz jako Krwawego Barona. — w głowie zacząłem sobie układać te wszystkie informacje i jednocześnie próbowałem sobie przypomnieć, co wiem o duchu Slytherina. — Odnalazł swoją ukochaną właśnie w tym lesie. Chciał ją nakłonić do powrotu, ale ta była nieugięta. W napadzie szału nasz Romeo zamordował nożem swoją Julię. Potem z wielkim poczuciem winy sam odebrał sobie życie tym samym sztyletem...
— Czytujesz mugolską literaturę? — zdziwiłem się.
— Potrafię docenić wielkich artystów. — odparł. — Na pewno nie raz spotkałeś tego ducha na Wieży Astronomicznej. Przepełnia go poczucie winy i żalu. W akcie pokuty nosi łańcuchy. Dla mnie oczywiście to była piękna tragedia, dzięki której mogłem zdobyć diadem. Nikt nie mógł mi przeszkodzić. Nikt żywy. Zrobiłem z niego horkruksa i zadowolony wróciłem do Wielkiej Brytanii.


* * *

Voldemort przeniósł nas teraz w miejsce, które od razu rozpoznałem. Ulica Śmiertelnego Nokturnu. Trafiłem tutaj kilka lat wcześniej przez pomyłkę i zawędrowałem do sklepu Borgina i Burkesa. Właśnie tam teraz się kierowaliśmy.
— Dostałem tutaj pracę. — oznajmił, gdy stanęliśmy przed sklepem. Niewiele się różnił od tego, co zapamiętałem.
Weszliśmy do środka. Pomieszczenie było duże, ale niezwykle zagracone i zakurzone. Nie sprawiało dobrego wrażenie, ale chyba nie taki był cel właścicieli. Sklep od zawsze odwiedzali głównie czarodzieje, których interesowała czarna magia. Nic dziwnego, że w środku było mrocznie, a na półkach były powykładane czarnomagiczne przedmioty przeznaczone do sprzedaży.
— Byłem tutaj subiektem. Miałem wyszukiwać przedmiotów, które moglibyśmy sprzedać. Jednak nie to się dla mnie liczyło. Miałem nadzieję, że znajdę tutaj coś, co będę mógł przemienić w swojego horkruksa. Dzięki sprytowi i odrobinie uroku udawało mi się manipulować czarodziejami, którzy chcieli coś sprzedać. Bez problemu przekonywałem ich do sprzedaży. To właśnie tutaj spotkałem pewnego dnia bardzo urodziwą kobietę – Chefsibę Smith. Moja realacją z nią ukazała się strzałem w dziesiątkę.
— Co takiego miała, że aż tak cię zainteresowała? — zapytałem, rozglądając się po sklepie, nim zwróciłem uwagę na kobietę, która stała przed ladą. Była to starsza czarownica o rudych włosach, które tworzyły na głowie potężny kok.
— Zdobyłem jej zaufanie i często ją odwiedzałem. Wkrótce pokazała mi swoje skarby. — zaśmiał się. — Miała to, czego pragnąłem. Smith była mną zauroczona. Kto by nie był?
Prychnąłem głośno, a Voldemort zignorował to i przeniósł nas do czyjegoś salonu. W pomieszczeniu panował ukrop, a ciężkie zasłony zwisały przy oknach, utrudniając przepływ powietrza. Pośrodku stał wielki stół, a w rogu kanapa. Przy ścianie stało wiele półek z książkami, które aż wyginały się pod ich ciężarem.
— Chefsiba pokazała mi odziedziczony po przodkach puchar Helgi Hufflepuff oraz medalion Salazara Slytherina zakupiony od Caractacusa Burke'a. Na pucharze widniało godło domu, wygrawerowany borsuk. Ten puchar przechodził w rodzinie Helgi z pokolenia na pokolenie. Medalion Slytherina był wykonany ze złota i wysadzany kamieniami szlachetnymi, ułożonymi w kształcie litery S. On także był przekazywany z pokolenia na pokolenie i trafił do rodziny Gauntów. Moja matka nieświadoma tego, jak wielkim zabytkiem był on, sprzedała go za dziesięć galeonów Caractacusowi Burke'owi. Potem wykupiła go Smith.
— Zarówno puchar, jak i medalion należały kiedyś do założycieli Hogwartu. To dlatego ci na tym tak zależało. — zauważyłem.
— Owszem, robiło to na mnie wrażenie, dlatego pojawiłem się kilka dni później w jej domu i zabiłem ją. Musiałem jednak ukryć swoją zbrodnię, dlatego zmodyfikowałem pamięć Bujdki. Skrzatki, którą później Ministerstwo Magii oskarżyło o przypadkowe dosypanie do kakao trucizny zamiast cukru. Bujdka się przyznała, więc Ministerstwo nie miało podstaw do szukania innego winnego. I tak oto ponownie byłem nie do pokonania.
— Tylko tak ci się wydawało. — powiedziałem. Irytowało mnie, że był tak szaleńczo z siebie zadowolony. Właśnie zabił kolejną osobą, nic sobie z tego nie robiąc.
— Patrz i się ucz, Harry. — uśmiechnął się.
— Jak mordować? — zapytałem z wyczuwalną ironią.
— To już umiesz. — wycedził, uśmiechając się ponownie.
Nagle zamarłem. Miał rację. Umiem zabijać i mordowałem innych. Teraz już nic nas nie różni. Jestem taki sam jak Voldemort. Jestem potworem, który zabija niewinnych.
Moje ciało zaczęło się trząść. Dygotałem, ale nie z zimna. Dotarło do mnie, że zasłużyłem na wszystko, co mnie w życiu spotkało. Nie mogłem pojąć, dlaczego to mną tak wstrząsnęło. Przed moimi oczami stanęło kilka postaci. To było osoby, które pozbawiłem życia. Zbliżały się do mnie i coś mówiły. Ale nie potrafiłem rozpoznać pojedynczych słów w tym hałasie. Upadłem na ziemię, a widok salonu Smith zamazał mi się. Słyszałem, jak Voldemort się śmieje. Zatkałem uszy, ale nic to nie dało. Czułem, jakby moja głowa miała zaraz pęknąć na pół. Krzyczałem z bólu, choć tak naprawdę nie wiedziałem, co jest jego przyczyną. Osoby, które zabiłem, nadal nie zniknęły i miałem wrażenie, że przyszły po mnie, że teraz nastąpi mój koniec. I wtedy pojawiło się światełko w tunelu.
— Harry! — usłyszałem z daleka wołanie.
Zdałem sobie sprawę z tego, że znam ten głos. Tak bardzo pragnąłem usłyszeć go jeszcze raz. Hermiona. To była ona. Ona walczy o mnie. Ona mnie zna i nadal przy mnie została. Chciałem jej odpowiedzieć. Byłem jej już tak blisko, aż nagle i bardzo brutalnie wciągnęła mnie znowu ciemność.
Głosy ucichły. Otworzyłem oczy i zauważyłem, jak Voldemort pochyla się nade mną. Szybko wstałem, nie chcąc, aby górował nade mną. Nie znajdowaliśmy się dłużej w salonie Smith. Teraz otaczał nas las i gdzieniegdzie można było dostrzec światło księżyca, które przebijało się przez korony drzew.
— Chyba nie myślałeś, że to koniec naszej wycieczki? — zadrwił Riddle.
— Zostaw mnie w spokoju! — wykrzyczałem.
— To ode mnie zależy to, kiedy i czy w ogóle opuścisz ten świat, rozumiesz?!
Czułem, jak moja złość dłużej nie może być hamowana. Nie powstrzymam jej. Trzęsły mi się dłonie i miałem ochotę raz na zawsze zabić go. Udusić i przyglądać się jak z jego ciała ulatuje życie. Za to, że moje życie było tak bardzo uzależnione od niego.
— Odpieprz się ode mnie!
I rzuciłem się na niego z rękoma, próbując go udusić. Już myślałem, że jestem górą, gdy to Voldemort przejął kontrolę. Szybko mnie chwycił za ubrania i brutalnie rzucił mną o ziemię. Musiałem mocno uderzyć się w głowę, ponieważ na chwilę straciłem przytomność. A gdy ją odzyskałem, wiedziałem, że utraciłem jakąkolwiek szansę na wydostanie się stąd.
— Bardzo zły ruch, panie Potter. Jesteś mój! — tak wkurzonego Voldemorta to jeszcze nie widziałem. Dopadł do mnie szybko i kilkukrotnie mnie dusił. Kasłałem, krzyczałem, ale na nic się to zdało. Riddle wpadł w szał. Myślałem, że zaraz mnie zamorduje, ale nagle cofnął się.
Oddalił się kilka kroków ode mnie. Gwałtownie się podniosłem, bojąc się, że Riddle zmieni zdanie i znowu się na mnie rzuci. Nie patrzyłem na niego, bo wiedziałem, że mogę go tym tylko sprowokować.
— Na kolana! — odezwał się, a jego głos był zimny niczym stal. Zadrżałem. — Na kolana, Potter! — krzyczał. 
— Nigdy! — odkrzyknąłem pewnie. 
— Na Merlina, ile razy będę ci powtarzać, że to nie ty tutaj masz kontrolę. — Wziął swoją różdżkę i machnął zaklęcie. Siła magii zmusiła mnie do klęknięcia, chociaż z całych sił starałem się ją zablokować. Voldemort podszedł do mnie. Teraz nie mogłem się nawet poruszać. Położył dłoń na moim policzku, a po chwili boleśnie przejechał po nim swoim długim pazurem, pozostawiając krwawiącą ranę. Przełknąłem głośno ślinę. — To jest właśnie to. To jest twoje miejsce. Przede mną na kolanach, Potter. Już dawno powiniem to zrobić. Jesteś nic nie wartym śmieciem. A to czego się dopuściłeś nie pozostanie bez odzewu. 
Był taki zadowolony z siebie. Ja natomiast byłem załamany. Tak, Voldemort mnie złamał. Nie miałem już siły na dalszą walkę. W końcu ile można cierpieć. Kiedyś każdy się załamie. 
— Na tortury jeszcze przyjdzie czas, a tymczasem, panie Potter, czekam na przeprosiny. 
Gwałtownie wciągnąłem powietrze. On chyba żartuje. Nigdy go nie przeproszę. Niestety, szybko przekonałem się na własnej skórze, że jeśli Voldemort czegoś chce to to dostaje.
— Przepraszam. — powiedziałem mimo woli, zmuszony przez zaklęcie.
— Teraz dopiero się zacznie, Potter. Koniec ze słodkimi opowieściami. — zaśmiał się. — Tom Riddle przestał istnieć. Czas abyś poznał Lorda Voldemorta. 



____________________________
Nomquam periculum sine periculo vincitur (łac. Niebezpieczeństwo nigdy nie zostanie pokonane bez ryzyka. Seneka Młodszy (4 p.n.e. – 65 n.e.) – retor, poeta, filozof)


"When I was young, I felt immortal
And not a day went by without a struggle
I lived my days just for the nights
I lost myself under the lights"
Lady Gaga – Sine from above (with Elton John)
(tłum. Kiedy byłem młody, czułem się nieśmiertelny
I nie było dnia bez przeciwności losu
Żyłem tylko dla nocy
Zgubiłem siebie pośród świateł)

____________________________
Pierwotna wersja tego rozdziału miała pojawić się pod koniec czerwca. Niestety, wtedy uległ awarii mój dysk w laptopie i cały, gotowy rozdział przepadł. Był on jednym z najdłuższych w tym opowiadaniu. Liczył ponad 4k słów i naprawdę mi się podobał. 
Nie udało się go odzyskać, więc musiałam napisać go jeszcze raz. Ta wersja jest o połowę krótsza i już nie podoba mi się tak jak oryginał. 
Wspomniałam w poprzedniej notce, że będą występować w tym rozdziale brutalne sceny, ale jak widać nie ma ich tutaj. Pojawią się one dopiero w rozdziale 83, ponieważ rozdział 82 postanowiłam skrócić i niektóre wątki, które pierwotnie się pojawiły, przeniosłam do kolejnego rozdziału. 
Myślę, że będzie on już trochę dłuższy i na pewno o wiele mroczniejszy. 
Do następnego! :)

3 maj 2020

Rozdział 81

Rozdział 81
"Mors malum non est, sola ius aequum generis humanis*"




"Never really found my calling
Now I'm free falling
Everything I need has changed"
Roxy Tones – Dancing in the Corner ft. Dominic Neill








— To nie jest dobry pomysł. — stwierdził Snape, rozglądając się dokoła.
Znajdowali się w jakiejś puszczy. Była noc, a korony drzew skutecznie utrudniały podziwianie gwiazd. Albus spojrzał na swojego przyjaciela, ale nic nie odpowiedział. Nie wiedział, czego można się spodziewać po Czarnym Nilu, ale miał pewność, że siostry mogą być kluczem do rozwiązania sprawy Harry'ego.
Minął tydzień, a młody czarodziej nadal był nieprzytomny. Na nic zdały się próby Alexandera, by dostać się do umysłu Pottera. Chłopak zamknął się szczelnie i nie było mowy o tym, aby nawet niezwykle uzdolniony czarodziej był w stanie przedrzeć się przez jego zapory. Albus był prawie całkowicie pewny, że Harry zrobił to świadomie. Gdy zobaczył go tego dnia w Dolinie Godryka, nie przypominał on już dziecka, które znał. Już wtedy zdał sobie sprawę z tego, że być może nie ma dla niego ratunku. Liczył po cichu, że się myli, ale gdy kolejne dni mijały, coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że w tej kwestii miał rację.
Nie miał serca mówić o tym Severusowi. Ten czarodziej wystarczająco wiele wycierpiał. Teraz, gdyby miał stracić syna, to by go doszczędnie zniszczyło. To troska o dobro tego chłopca trzymała go przez wiele lat przy życiu. Co by zrobił, gdyby go zabrakło?
Harry Potter miał być zbawcą czarodziejskiego świata, a tymczasem jest jego zagładą. Pokonał Lorda Voldemorta, tracąc swoje człowieczeństwo. Magia ma swoją cenę i prędzej czy później upomni się o swoją zapłatę. Nic nie może trwać wiecznie, a Potter już wystarczająco często kpił sobie ze Śmierci. Ta dłużej nie może na to pozwolić. Chłopiec, który przeżył jest wybrykiem natury, który nie ma prawa istnieć.
— Mówię ci, Albusie, nic tu po nas.— Mistrz Eliksirów odezwał się ponownie.
— Cierpliwości, Severusie... Przybędą. Zobaczysz.
Snape prychnął, nadal nie wierząc w pojawienie się sióstr. Minęło kilkanaście minut, nim przed nimi zmaterializowała się postać w kapturze. Podeszła do nich szybko.
— Jestem Vallen. Zaprowadzę was do sióstr. — oznajmiła cicho.
— Witaj, jestem Albus Dumbledore, a mój przyjaciel to Severus Snape. — Dumbledore przedstawił ich.
— Wiem, kim jesteście. Czarny Nil oczekuje was. — podeszła jeszcze bliżej. — Chwyćcie mnie za ręce. Przeniesiemy się do siedziby.
Czarodzieje niepewnie chwycili nieznajomą. Po chwili poczuli szarpnięcie, a ciemny las zniknął im z oczu.


* * *

— Obiecałem ci, że spotkamy się z Dumbledore'em. — odezwał się Tom. Tak, wyczekiwałem na to spotkanie. Nie mogłem się doczekać reakcji Voldemorta. Czy będzie to jakoś komentował? Może zdradzi coś więcej. — Pewnie brakuje ci go, ale muszę przyznać, że był to kawał manipulatora. — skrzywiłem się. — Nie mów, Harry, że o tym nie wiedziałeś. On manipulował wszystkimi, a oni tańczyli, jak on im zagrał. Stworzył tę swoją głupią organizację w imię dobra. — zaśmiał się. — Jak chyba wszystko inne. Dla większego dobra. To było jego motto.
Znajdowaliśmy się z powrotem w tym przygnębiającym pokoju, pełniącym funkcję sypialni Toma w sierocińcu. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Chwilę później otworzyły się. Do pokoju weszła Pani Cole oraz Albus Dumbledore.
— Tom, masz gościa. — odezwała się pani Cole.
— Jak się miewasz, Tom? — zapytał Dumbledore, wchodząc do pokoju chłopca. Spojrzałem na Voldemorta. Przyglądał się temu ze złośliwym uśmieszkiem.
Młody Tom przyglądał się czarodziejowi nieufnie. Pani Cole uśmiechnęła się dobrodusznie i po chwili wyszła z pokoju, pozostawiając w nim chłopca wraz z tajemniczym gościem. Młody Tom usiadł przy stoliku. Dumbledore przysiadł naprzeciwko.
— Jest pan lekarzem? — spytał chłopczyk.
— Nie. — odpowiedział spokojnie profesor. — Jestem profesorem.
— Nie wierzę panu. — oznajmił młody Riddle. Jego spojrzenie wydawało się przenikać starszego czarodzieja. Jakby za wszelką cenę chciał odkryć prawdę. — Ona chce, by ktoś mnie zbadał. Uważają, że jestem... inny.
Albus pokiwał głową, dając znać, że rozumie.
— I być może mają rację. — powiedział profesor.
— Nie jestem szalony. — zaprzeczył Tom.
Spojrzałem na Voldemorta i zauważyłem, że patrzy na mnie. Kiwnął głową w kierunku sceny, która się przed nami rozgrywała i powiedział:
— Widzisz... znał mnie kilka minut i już był w stanie stwierdzić, że jestem inny.
— Niezbyt się z tym kryłeś. — zauważyłem.
— W Hogwarcie nie ma miejsca dla ludzi szalonych. — kontynuował Dumbledore. — Hogwart to szkoła. Szkoła magi.
Chłopczyk patrzył na profesora zaintrygowany. Jego twarz jednak nie wyrażała żadnych większych emocji. Widocznie Voldemort od dziecka ćwiczył swoją kamienną twarz.
— Potrafisz robić różne rzeczy, prawda Tom? Takie, których inne dzieci nie potrafią.
— Potrafię przesuwać różne rzeczy bez dotykania ich. — oznajmił chłopiec wyraźnie z siebie zadowolony. — Potrafię zmusić zwierzęta, by robiły, co im każę, bez wcześniejszego tresowania ich. Potrafię sprawić, że złe rzeczy przytrafią się tym, którzy są dla mnie złośliwi. Potrafię sprawić im ból, jeśli zechcę. Kim pan jest?
— Jestem taki jak ty, Tom. Jestem... inny.
— Udowodnij. — rzucił wyzywająco.
Szafa stojąca w pokoju zaczęła się palić. Odskoczyłem gwałtownie na drugi koniec pokoju. Młody Tom patrzył zafascynowany, jak płomienie objęły mebel.
— Chyba coś próbuje się wydostać z twojej szafy.
Parsknąłem cicho, a Voldemort spojrzał na mnie zirytowany.
— Starzec odnalazł moje trofea. — powiedział.
Młody Tom podszedł do szafy i otworzył ją. Wyjął szkatułkę pełną skradzionych przedmiotów.
— Złodziejstwo nie jest tolerowana w Hogwarcie, Tom. — zganił go. — A nauczysz się tam nie tylko jak posługiwać się magią, lecz także jak ją kontrolować. Rozumiesz?
Chłopczyk już się nie odezwał. Dumbledore podniósł się i skierował do wyjścia. Zatrzymał się, gdy usłyszał, jak chłopiec powiedział:
— Potrafię również rozmawiać z wężami. Odnajdują mnie. Szepczą różne rzeczy. Czy to normalnie dla kogoś takiego jak ja?
Dumbledore milczał. Voldemort machnął ręką i scena zniknęła mi z oczu. Już miałem zacząć się wykłócać, że przerwał w najlepszym momencie, ale znaleźliśmy się właśnie w Wielkiej Sali w Hogwarcie.
— Widzisz? — wskazał na chłopca, który znajdował się pośród innych dzieci. — Mój pierwszy rok w Hogwarcie. Byłem naprawdę szczęśliwy. Miałem już różdżkę, ale jako sierota nie mogłem pozwolić sobie na nowe szaty. Musiałem kupić używane. Nie miałem pieniędzy, ale nie przeszkadzało mi to w tamtym momencie.
Tiara Przydziału wykrzyczała Slytherin, chwilę po tym, jak dotknęła głowy Toma. Chłopczyk podbiegł szybko do stołu swojego domu. Został miło powitany.
Gdy tak patrzyłem na niego, to nie sprawiał wrażenia, jakby miał stać się zgubą czarodziejskiego świata. Jak widać, pozory mogą mylić. A Tom zdołał zamydlić oczy nawet nauczycielom.


* * * 

Weszli do obszernego pomieszczenia, które było zaskakująco puste. Oprócz wielkiego stołu, który stał pośrodku, znajdowały się tam tylko obrazy. Siostry siedziały sztywno przy stole.
Czarodzieje usiedli naprzeciwko, po tym, jak Vallen pokazała dłonią, by to zrobili. Severus wpatrywał się bez emocji w cztery kobiety, które uśmiechały się, ale nie był to uśmiech przyjazny, zabarwiony był złośliwością.
— Albus Dumbledore... — cmoknęła jedna z nich. — Co za spotkanie... Niewiarygodne. Co możemy zrobić dla tak niezwykłego czarodzieja? — zapytała sarkastycznie.
— Mnie również bardzo miło się, że mogę się z wami spotkać. — były dyrektor Hogwartu postanowił zignorować ton, jakim został powitany i niezrażony, mówił dalej. — Jesteśmy pewni, że możecie nam pomóc.
— Czyżby Harry Potter? — zaśmiała się blondynka. Jedna z sióstr posłała jej karcące spojrzenie. Wtedy Dumbledore wiedział, że jest na wygranej pozycji. Doskonale zdawały sobie sprawę, z tego, z czym przyszedł. Znały temat i teraz nie mają już możliwości, aby udawać, że nie mają z tym do czynienia.
— Owszem, drogie panie. Harry jest ostatnio nieco poza naszymi wpływami. — przyznał niechętnie.
— A czy kiedykolwiek był? — zapytała brunetka.
Albus nic nie odpowiedział.
— Harry Potter — kontynuowała. — Jest istotą niezbadaną i na każdym kroku nas zaskakuje. Wcale nie dziwię się, że chcecie mieć nad nim kontrolę.
— Jak na razie to wy macie nad nim kontrolę! — syknął wściekle Severus, który do tej chwili milczał i tylko bardzo uważnie przyglądał się kobietom.
Brunetka uśmiechnęła się pobłażająco, jakby ten wybuch był czymś nieistotnym, a nawet czymś nie na miejscu.
— Tak... — mruknęła blondynka. — Potter to smakowity kąsek dla wielu. Grę wygra ten, który posiądzie go. Jego ciało, jego umysł i jego wolę. Nie przeczę, że jest to przyjemna wizja, ale nadal nie rozumiem, czego od nas oczekujecie.
— Wiemy, że eksperymentowaliście na nim... — zaczął spokojnie Albus, chociaż we wnętrzu narodziła się ochota, by raz na zawsze zgładzić siostry. — Teraz dzieje się z nim coś dziwnego.
— Czyżby Złoty Chłopiec wreszcie postradał zmysły? — zaśmiała się jedna z kobiet.
— Obawiamy się, że tak. Odłóżmy konwenanse na bok. — odezwał się Snape już trochę spokojniejszym tonem.
Cztery pary oczu wpatrywały się w niego wyczekująco.
— Co mu zrobiłyście? — zapytał.
— Był najlepszy z naszych... eksperymentów. — rozmarzyła się jedna z kobiet.
— Katherine ma oczywiście na myśli, że był wyjątkowo uzdolniony. — dopowiedziała druga.
Dumbledore prychnął, ale nic nie powiedział.
— Co mu zrobiłyście? On przez was umiera! — Snape wtrącił się.
— Panie Snape, to nie nasza wina, że on umiera. To było zapisane już dawno. Sam dążył do samozniszczenia. My tylko pokazałyśmy odpowiedni kierunek, sprawiając przy tym, że stał się idealnym służącym. Nie wymagało to wiele wysiłku z naszej strony. Ten chłopiec był zniszczony. Czarna magia i Voldemort to nie jest zbyt dobry duet. Potter pogrążył się w swojej rozpaczy. Walczył z naszymi zaklęciami. Dlatego jego ciało się teraz buntuje. Z jednej strony jest stary, dobry Harry, a z drugiej bestia, którą stworzyliśmy. Stworzyliśmy – my, wy, oni. Wszyscy dołożyli swoje pięć groszy do stanu, w którym się obecnie znajduje. Nawet Magia Żywiołów mu nie pomoże, a przynajmniej na tyle o ile wiem. — wzruszyła ramionami. —Wielokrotnie powtarzyłyśmy mu, aby nie walczył, ale on wolał wrócić do was. Do ludzi, których kochał. A jak wiemy nie od dzisiaj... miłość jest największą słabością. Nie był w stanie zabić waszej znajomej i już wtedy wiedziałyśmy, że jest z nim coraz gorzej. Teraz jest to tylko kwestia godzin, zanim się podda. Muszę przyznać, że dosyć długo się trzymał, ale przecież każdy w końcu kiedyś się załamie. Widocznie Harry'emu Potterowi nie było przeznaczone szczęśliwe zakończenie. — parsknęła. — Wy to widzicie, ale nie dopuszczacie do siebie tej myśli. — spojrzała znacząco na Albusa. Snape kręcił głową, nie chcąc w to uwierzyć. — Niech zgadnę, teraz pewnie zamknął się w swoim umyśle. Zawsze tak robił, gdy nie mógł sobie poradzić z otaczającym go światem. Zdajecie sobie sprawę z tego, że tam raczej nie jest kolorowo. Życie tego chłopca składa się głównie z cierpienia, więc jego głowa będzie pełna mroku. Już nic nie będzie tak jak dawniej. Poświęciliście tego chłopca w imię czego? Dobra? Poświęciliście go w sprawie, w której to dorośli mieli grać główne skrzypce, a nie dzieci. — zamilkła na chwilę, zbierając myśli. — Oczywiście, głęboko ubolewamy nad Potterem. Bądź co bądź był najlepszy. Miał w sobie mrok, dzięki czemu mogłyśmy bez większych problemów nim sterować i sprawiać, że pogrążał się coraz bardziej w czarnej magii. Wiecie, że zabijał i sprawiało mu to przyjemność? — zapytała. Dwójka czarodziejów skrzywiła się. — Sami jesteście sobie winni. Z naszej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że zdejmiemy z niego zaklęcia przynależności. Nie jest nam dłużej potrzebny. W tym stanie – właściwie wegetatywnym – nie przyda się, a jeśli kiedykolwiek się obudzi, nie będzie już w żadnym stopniu wyjątkowy.
— Myślę, że powinniście zwrócić się do kogoś innego. — wtrąciła blondynka. — Nasza znajomość z Wybrańcem dobiegła końca. I szczerze? Nie chcemy już babrać się w tym szlamie. Chłopak jest toksyczny. I im szybciej zrozumiecie, że musi umrzeć, tym lepiej dla was. W ostateczności możecie porozmawiać ze Śmiercią, ale to nie jest ktoś, kto miałby interes w tym, aby Potter był cały i zdrowy. Mam wrażenie, że wszyscy za wszelką cenę chcą go utrzymać przy życiu. Jednak sam Potter już dawno chciałby odpocząć. — uśmiechnęła się i kiwnęła ręką na Vallen. Ta podeszła szybko. — Koniec spotkania. — oznajmiła nagle i po chwili wraz z siostrami zniknęła.
Teraz w tej wielkiej sali znajdowali się tylko we trójkę. Snape nadal wpatrywał się przed siebie. Albus szturchnął go lekko, a ten dopiero po chwili wybudził się jakby z transu.
— Czas na nas, Severusie. — powiedział cicho.


* * *

Znajdowaliśmy się w łazience. Była to ta sama łazienka, w której znajdowało się zejście do Komnaty Slytherina. Brakowało tylko Jęczącej Marty.
— To, co teraz do bazyliszka? — zapytałem prześmiewczo pewny, że teraz Tom będzie chciał mi pokazać dziedzictwo Slytherina.
— Nie, jeszcze nie. — mruknął cicho, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. — Wiesz, że miałem małą obsesję na temat swojego pochodzenia? Bardzo chciałem mieć kogoś godnego w rodzinie. I wiesz, czego się dowiedziałem? — zapytał.
— Jesteś potomkiem Slytherina. — odpowiedziałem troszeczkę znudzonym głosem. Miałem pierwsze miejsce podczas autobiografii i momentami miałem już dość odkrywania życia Toma. Wiedziałem, że od najmłodszych lat miał obsesję i nie potrzebowałem kolejnych wspomnień z jego szalonej głowy.
— Owszem, jestem spokrewniony z Gauntami i, tak jak oni, jestem potomkiem Salazara Slytherina. To dało mi wiele inspiracji do tego, w którą stronę mam kierować się w swoim życiu.
— W stronę zabijania? — parsknąłem.
— W stronę wyeliminowania niegodnych. — jego głos był złowieszczy, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Nie podzielałem jego opinii.
— Chcesz powiedzieć mugoli. — podpowiedziałem.
— Możesz tak to nazwać, ale wtedy miałem też na myśli szlamy, które według mnie nie powinny mieć dostępu do magii. Nadal nie mogę pojąć, jak czarodzieje mogą łączyć się z mugolami. Na samą myśl zbiera mi się na wymioty. Jak można mieszkać naszą krew z tą mugolską?
— Co w tym takie złego? Zupełnie nie rozumiem twoich przekonań. — odparłem jednocześnie zdziwiony, jak i zaciekawiony.
Voldemort odszedł od lustra i podszedł do umywalki, przy której znajdowało się wejście do komnaty tajemnic. Patrzył teraz uważnie w nią, jakby chciał otworzyć, ale nic się nie wydarzyło. Po chwili odwrócił się w moją stroną i tylko oparł się o umywalkę.
— Co wiesz o komnacie tajemnic? — zmienił szybko temat.
Wzruszyłem ramionami.
— Wybudował ją Slytherin i to on umieścił tam bazyliszka. — odpowiedziałem.
Komnata tajemnic zawsze była dla mnie intrygującym miejscem i chciałem się czegoś więcej o niej dowiedzieć. Teraz liczyłem na to, że Riddle zdradzi kilka ciekawostek, które może później mógłbym wykorzystać.
— Masz rację. Komnata należała do Slytherina, który zbudował ją po to, by uczyć czarnej magii. Jak wiesz, założyciele Hogawartu potępiali zachowania Slytherina i wkrótce wyrzucili go ze szkoły. Właśnie wtedy umieścił tam bazyliszka jako symbol swojego gniewu. Przez wiele lat komnata była zamknięta...
— Do chwili kiedy to ty ją otworzyłeś. — dopowiedziałem.
Voldemort uśmiechnął się widocznie zadowolony z siebie.
— Tak, muszę przyznać, że było to jedno z moich największych osiągnięć w Hogwarcie. W 1942 roku odkryłem wejście do komnaty. Jak wiesz, może otworzyć ją tylko wężousty, dlatego tak długo pozostała nieodkryta. Byłem wtedy na piątym roku. Zrzeszałem już kilka czarodziejów, którzy mieli podobne poglądy.
— Młodociani Śmierciożercy? Wspaniale. — parsknąłem.
Tom popatrzył na mnie lodowato. Gdyby wzrok mógł zabijać, padłbym właśnie trupem.
— Obudziłem bazyliszka — kontynuował.
— I to właśnie przez ciebie zginęła Marta, a Hagrid został wydalony. — krzyknąłem gniewnie.
— Biedna Marta Warren — pogrążył się w myślach. — Była jedyną ofiarą bazyliszka. A Hagrid... przecież nie mogłem przyznać się do tego, że wypuściłem tego gada, prawda? A Rebeus był idealnym kozłem ofiarnym. Od zawsze miał zapędy do dziwnych magicznych stworzeń. To było dziecinnie proste zwalić całą winę na niego. Hagrid został wydalony, a ja zostałem okrzyknięty bohaterem.
Chciałem się na niego rzucić, ale przypomniałem sobie, że on jest tylko w moim umyśle i niestety nie mogę sprawić mu bólu. W tej chwili pomyślałem o Hagridzie, który nic złego nie zrobi. Stał się drugą ofiarą bazyliszka. Zdawałem sobie sprawę z tego wcześniej, ale teraz gdy Tom pokazał mi swoje wspomnienia, uderzyło to we mnie ze zdwojoną siłą. Nigdy nie godziłem się na tak jawną niesprawiedliwość. Zawsze chciałem ratować słabszych, co wielu uważało za moją zgubę.
Voldemort przyglądał mi się uważnie. Chyba chciał zobaczyć jakie emocje wywoła we mnie wspomnienie o Hagridzie. Zamknąłem oczy na chwilę i głęboko odetchnąłem, chcąc się uspokoić.
— W tamtym czasie bardzo chciałem pozostać w szkole na wakacje, ale ówczesnych dyrektor nie mógł na to pozowolić. Zginęła jedna uczennica i rozważali zamknięcie szkoły. Nie chciałem wracać do sierocińca, dlatego musiałem jak najszybciej zamknąć komnatę. Rebeus Hagrid hodował wtedy w szkole akromantulę, więc miałem już podstawy do wskazania winnego. Wiesz pewnie, że byłem bardzo lubiany przez nauczycieli. — uśmiechnął się złośliwie. — Nie miałem większego problemu w przekonaniu ich, że to półolbrzym był odpowiedzialny za śmierć Marty. Tylko Dumbledore miał wątpliwości. Nigdy mnie nie lubił i wiecznie mnie obserwował, dlatego nie mogłem ponownie otworzyć komnaty.
— Jak widać, miał rację. — dodałem wrednie.
Albus Dumbledore jako jedyny wiedział, że nie można ufać Riddle'owi. Dlaczego ten potwór był tak lubiany przez innych? Dlaczego nikt nie zauważył, że rośnie kolejny mroczny czarodziej? Byli nim tak urzeczeni czy może nie dopuszczali do siebie myśli, że może stać się Czarnym Panem?
— Tak, miał rację, ale i tak to nic nie dało, prawda? Reszta grona pedagogicznego mnie uwielbiała. Byłem wzorowy uczniem. Dlaczego miałbym kłamać? — wzruszył ramionami. — Zejdziemy teraz do komnaty, dobrze?
Nim się zorientowałem, znajdowałem się w komnacie tajemnic. Nie miałem nawet chwili na reakcję po słowach czarnoksiężnika. Nie miałem też wpływu na to, co się dzieje w moim umyśle, ale przynajmniej mnie ostrzegł. To... miłe z jego strony. Chyba. Tom rozejrzał się zadowolony dokoła. Widać było po nim, że jest dumny ze swojego odkrycia.
— Właśnie tak wyglądała, gdy ją odkryłem. — wyszeptał, przyglądając się posągowi Slytherina. — Nie mogłem jej otworzyć ponownie, dlatego stworzyłem horkruksa.
— Dziennik. — rzuciłem, chcąc podtrzymać rozmowę.
— Owszem, dziennik, w którym umieściłem część swojej duszy. To był mój pierwszy horkruks. — westchnął. — Co to były za czasy. W wakacje uciekłem z sierocińca i odszukałem moich krewnych. Pamiętasz Little Hangleton? — zapytał, a ja pokiwałem głowami. Trzy trupy w salonie? Oczywiście, że pamiętałem. — W wiosce spotkałem swojego wujka Morfina, który oczywiście z początku mnie nie poznał, a nawet uznał mnie za mojego ojca. — splunął. — Jednak później zdał sobie sprawę z tego, że jestem jego dzieckiem. Właśnie od niego dowiedziałem się gdzie szukać swojej rodziny. Opowiedział mi historię miłości mojej matki i mojego mugolskiego ojca. Byłem wtedy taki wściekły, ogłuszyłem Morfina, zabrałem jego różdżkę i udałem się do dworu Riddle'ów.
— Zabiłeś ich nieswoją różdżką. Chciałeś, aby to Morfin poniósł winę. — zachowanie Toma w ogóle mnie nie zdziwiło.
— Tak, jak widzisz, byłem doskonały we wrabianiu innych. Zmodyfikowałem wspomnienia wuja. Stamtąd zabrałem pierścień, który później stał się moi drugim horkruksem. Morfin oczywiście został skazany za morderstwo i resztę życia spędził w Azkabanie. — opowiadał spokojnie.
Od zawsze niewinni cierpieli za nie swoje winy. Voldemort bardzo obrazowo mi to przedstawił. Zdałem sobie sprawę z tego, że wystarczy jeden mroczny czarodziej, aby tysiące musiały cierpieć za jego grzechy. Tom Riddle jest jednym z wielu. Na jego miejsce powstaną kolejni. Kto będzie następny? Kto zasieje zło? Czy tym kimś będę ja?

__________________________
* Mors malum non est, sola ius aequum generis humanis (łac.) Śmierć nie jest złem, a jedynie prawem obowiązującym cały rodzaj ludzki.

"Never really found my calling
Now I'm free falling
Everything I need has changed"
(Nigdy tak naprawdę nie znalazłem mojego powołania
Teraz spadam swobodnie
Wszystko, czego potrzebuję, zmieniło się)


______________________________
Cześć, wszystkim! Obiecałam, że rozdział pojawi się w maju, więc proszę oto on. 
W kolejnym rozdziale powrócimy jeszcze do Voldemorta i Harry'ego i może być troszeczkę bardziej brutalnie niż dotąd. 
Staram się, aby wydarzenia z życia Czarnego Pana zgadzały się z tym, co o nim wiemy. 
Do następnego! :) 

12 kwi 2020

Rozdział 80

Rozdział 80
"Fas est et ab hoste doceri"


"I was so insatiable
Till the lights came on and the stories got old
Now there’s no one here I know
And the city outside's not the same anymore"
Alan Walker & Ruben – Heading Home







Jęknęli cicho, gdy zostali brutalnie popchnięci na podłogę. Arawn otworzył oczy i ku jego zdziwieniu znajdowali się w jakimś pokoju, do którego przez okno wpadały promienie słońca. Przed nimi stali żniwiarze i uważnie się im przyglądali. Potrząsnął ramieniem brata i ten po chwili na niego spojrzał. Chwilę później obaj wpatrywali się wyczekująco na żniwiarzy.
— No więc? — zniecierpliwił się Gwyn. Próbował wstać, ale szybko został ponownie popchnięty na podłogę. Jęknął zirytowany, ale już nie próbował ponownie się podnieść.
Żniwiarze nie odezwali się, tylko patrzyli na nich z beznamiętną miną. Arawn rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Pod oknem znajdowała się kanapa. Na środku pokoju stał długi czarny stół z krzesłami. Jedna ze ścian była zapełniona regałami, które aż uginały się pod ciężarem znajdujących się na nich książkach. W rogu pokoju znajdował się kominek, a przy nim stały dwa fotele. Na ścianach znajdowały się obrazy – niektóre z nich przedstawiały wymyślne tortury, inne żywe krajobrazy. Poza tym szczegółem pokój można było uznać za zwykły salon.
Arawn powrócił wzrokiem do ich porywaczy. Ci nadal się nie poruszyli i nie spuszczali ich z oczu nawet na sekundę. Nagle do pomieszczenia wpadł mężczyzna, który prawie wywrócił się o próg. Zaklął cicho, próbując złapać równowagę. W ręku trzymał papierową torbę, która najprawdopodobniej wypełniona była jedzeniem z McDonald's. Można było wywnioskować to z loga, które się na nim znajdowało. Spojrzał zdezorientowany na znajdujących się na podłodze dwójkę nieznajomych. Żniwiarze popatrzyli z drwiną na nowoprzybyłego.
— Co tym razem? — spytał, wskazując na nich.
— Chcą się spotkać ze Śmiercią. — odparł jeden ze żniwiarzy z wyczuwalną kpiną.
Mężczyzna odgarnął swoje długie faliste włosy i odstawił torbę na stół.
— Mają szczęście, że właśnie przyniosłem jedzenie. — powiedział. — W takim razie gdzie jest Śmierć?
— Wkrótce do nas dołączy. Raczej nie będzie zadowolony, gdy cię tutaj zobaczy. — ponownie przemówił jeden ze żniwiarzy.
Mężczyzna pokręcił głową z rozbawieniem.
— Spokojnie, to wam się oberwie. Ja jestem na dobrej pozycji, póki dbam o jego głód. — brunet był pewny siebie.
— Tak, wiemy, że dbasz o jego głód. — prychnął znacząco żniwiarz.
W pokoju nastała cisza. Mężczyzna o falowanych włosach już się więcej nie odezwał. Usiadł przy stole i zaczął wyjmować z torebki zakupione jedzenie. Gwyn zmarszczył brwi, gdy zauważył, że były to hamburgery. Posłał pytające spojrzenie bratu, ale ten tylko wzruszył ramionami.
Arawn po kilku minach zaczął się irytować.
— Ile jeszcze mamy czekać?
— Tyle ile będzie trzeba.
Arawn westchnął ciężko. Oparł się plecami o ścianę za nimi i w ciszy wpatrywał się w mężczyznę, który rozłożył się wygodnie na krześle.
Minęło jeszcze kilka minut, nim do pomieszczenia weszła kolejna osoba. Żniwiarze wyprostowali się jeszcze bardziej i jakby zamarli. Mężczyzna przy stole nic sobie z tego nie robił.
Do pokoju weszła Śmierć. Od razu można było ją poczuć. Silnie oddziaływała na otoczenie. Arawn poczuł się, jakby całe szczęście gdzieś uciekło. Mężczyzna miał na sobie trzyczęściowy czarny garnitur. Ciemne włosy były spięte w ciasny kucyk, a w dłoni dzierżył laskę, którą stukał, gdy się poruszał. Przeszedł szybko przez pokój i usiadł przy stole.
— Masz to dla mnie? — zapytał. Jego głos był chrapliwy i głęboki. Zdecydowanie nie był przyjemny dla ucha.
Mężczyzna w falowanych włosach przytaknął, kiwając głową i podając szybko jednego hamburgera.
— Dziękuję, Gwiazdo. — odpowiedział, wgryzając się łakomie w fast fooda.
Arawn spojrzał na brata, ale ten wpatrywał się w Śmierć z niedowierzaniem.
— Dobrze, a więc teraz możemy porozmawiać. — Śmierć wreszcie spojrzała nich ich i wykazała jakieś zainteresowanie ich obecnością. — Czego ode mnie potrzebujecie?
Arawn wstał z podłogi ucieszony, że tym razem nikt go ponownie na nią nie popchnął. Gwyn postąpił tak samo.
— My w sprawie Harry'ego Pottera. — powiedział Gwyn.
Śmieć zaśmiała się cicho.
— Ach, tak? Ostatnio wszystko kręci się wokół niego. — stwierdził. Gdy jego hamburger został zjedzony, mężczyzna nazwany Gwiazdą podał mu kolejnego. — Co tym razem zrobił?
— Obawiamy się, że jest na twojej liście.
— Macie rację. Ten chłopiec już za wiele razy mi się wymknął. Nie mogę pozwolić, aby zrobił to ponownie. W końcu to moja rola – by zabrać tych, którym czas się skończył. A jego czas skończył się w dniu, w którym Lord Voldemort zabił jego rodziców. On wtedy też powinien zginąć, a w połączeniu z kilkoma zbiegami okoliczności przeżył, chociaż jego historia miała się skończyć. Zdajecie sobie sprawę z tego, że jego nie można już uratować? Musi umrzeć, aby historia dopełniła.
— Mamy zostawić go na pewną śmierć? — warknął Gwyn. Był rozzłoszczony i nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że Potter mimo wszystko musi umrzeć.
— Czy nie wystarczająco się nie nacierpiał w życiu? — zapytał Arawn.
— Nie słuchacie uważnie, co do was mówię. — westchnął. Gwiazda podała Śmierci kubek z napojem. — Powinien nie żyć od osiemnastu lat. To jest anomalia, którą trzeba zlikwidować.
— Nic nie da się zmienić? — próbował wydobyć ze Śmierci więcej informacji.
— To nie w moim interesie, aby powiadamiać was o możliwościach oszukania przeznaczenia. Wiem, że czarna magia w chłopcu będzie go powoli wyniszczać. Czarny Nil dokładnie wiedział, co zrobić, aby pozbyć się bohatera. Ich eksperymenty, choć brutalne, przynoszą rezultaty. Wiedziały gdzie uderzyć, aby bolało najbardziej. Dla chłopca nie ma już przyszłości. To dla większego dobra. Kiedy się nad tym zastanowić, ma to sens na całym świecie.*


* * *

Słyszę ten śmiech. Ten złowieszczy śmiech, który powoduje, że drżę. Myślałem, że już nigdy go nie usłyszę. Pragnąłem tego, a tymczasem on patrzy na mnie. Jego czerwone oczy śledzą każdy mój ruch. Uśmiecha się fałszywie. Jestem w potrzasku. Wokół jest ciemno i widzę tylko jego. Jak on się tutaj znalazł? Przecież nie żyje. Zabiłem go.
— Och, Harry... — mówi z fałszywym współczuciem. — Znowu się spotykamy. Tęskniłeś za mną? — jego oczy nadal patrzą na mnie intensywnie. Co dziwne, moja blizna nie boli.
— Nikt za tobą nie tęskni, Tom! — krzyknąłem w stronę Voldemorta.
Ten tylko pokiwał głową w zamyśleniu. Nikt, kto nie ma skłonności masochistycznych. No i oczywiście nie wspominając o twoich ukochanych Śmierciożercach. Tak, w sumie to by znalazło się kilka osób, które z wielką radością by go przywitały, ale nie musiał o tym wiedzieć. Nie dam mu tej satysfakcji.
— A jednak jesteś tutaj ze mną teraz. — uśmiechnął się ponownie. — I jeśli myślisz, że tak szybko się mnie pozbędziesz, to jesteś w wielkim błędzie. Jestem twoim najstraszniejszym koszmarem. Zawsze już będę z tobą.
— Zniszczyłem Cię. Nie ma cię. — wyszeptałem.
— Jestem w twojej głowie. Nigdy jej nie opuściłem, a teraz sam się zamknąłeś tutaj ze mną. Na własne życzenie. Jak myślisz, co będziemy razem robić? — uśmiechnął się złowieszczo.
Próbowałem sobie przypomnieć, jak do tego doszło, ale moje myśli były puste i koncentrowały się głównie na stojącym przede mną Voldemorcie.
— Zabiorę cię w podróż po moim dziedzictwie. — odezwał się po chwili milczenia. — Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To wszystko się łączy. Zgadniesz, gdzie cię nie ma? Chcesz dowiedzieć się, co cię czeka? A może nadal liczysz, że miłość cię wybawi... Nie? — Voldemort mówił szybko jakby coraz bardziej podniecony. Skrzywiłem się.
— Nie wiesz, co to miłość. — syknąłem.
On nigdy nie kochał. Skąd mógł wiedzieć, co to oznacza? Nigdy nie mógł poczuć, jak wielką siłę może mieć miłość i jak bardzo potrafi ona zmieniać ludzi.
— I co z tego? — zadrwił.
— Dzięki temu jestem potężniejszy. — stwierdziłem pewnie.
— Tak to sobie tłumacz, dziecko, jeśli właśnie to sprawi, że będziesz lepiej spać. — odparł lekceważąco.
Patrzyłem, jak Voldemort odwraca się. Pomyślałem, że teraz będę miał już spokój. Miałem nadzieję, że tylko chwilowe, że mój mózg zaraz się ogarnie. Jak zawsze przeliczyłem się. Chwilę później poczułem, jak jakaś siła przyciąga mnie do czarnoksiężnika. Czy Harry Potter nie może liczyć na szczęście?
Voldemort poprowadził mnie ku światłu, które niczym jasny promyk rozświetlało nam drogę. Teraz mogłem dostrzec, że znajdujemy się na cmentarzu. Tym samym, na którym stoczyłem swoją pierwszą walkę z Riddle'em. To tutaj odrodził się z mojej krwi. To tutaj zebrał swoich Śmierciożerców i to właśnie tutaj miałem zginął.
— Poznajesz to miejsce? — zapytał mnie, wskazując dłonią dokoła. Nie odpowiedziałem. — To tutaj ponownie się narodziłem, ale nie czas na to teraz. Wrócimy do tego, ale jeszcze nie teraz. Musimy cofnąć się dużo bardziej. Do początku.
— Po co to wszystko? — zapytałem, zupełnie nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
— Żebyś zrozumiał. Żebyś poznał prawdę. — odpowiedział spokojnie, wpatrując się w światło przed nami. — A czy właśnie tego nie pragniesz?
Od zawsze chciałem poznać prawdę, ale czy właśnie w taki sposób...? Nie wiem.
— W sumie i tak nie masz wyboru. Jesteś tutaj ze mną, a ja nie pozwolę, abyś się nudził. — zapewnił mnie.
Wzdrygnąłem się, gdy usłyszałem, jak cicho się zaśmiał. On miał plan. W przeciwieństwie do mnie. Nie wiedziałem jak się stąd wydostać i panicznie bałem się tego, że już na zawsze zostanę tutaj... z nim.
— Chodź, Harry. Czeka na nas przygoda. — machnął na mnie ręką. Nie mając wyjścia, poszedłem za nim. Gdy zbliżaliśmy się do światła, to nagle zniknęło, ale zdałem sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy już na cmentarzu.
Znaleźliśmy na wzgórzu. Przed nami znajdował się piękny dwór. Przyjrzałem mu się dokładniej. Wznosił się wzgórzu i wydawać się mogło, że króluje nad wioską znajdującą u podnóża wzniesienia. Tom wpatrywał się w budynek przez chwilę, po czym dosyć szybkim krokiem skierował się ku drzwiom.
— Gdzie jesteśmy? — zapytałem, gdy dogoniłem go.
— W Little Hangleton. — odpowiedział, wchodząc do domu. Wolno ruszyłem za nim. Przeszliśmy przez korytarz prosto do salonu. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie trzy ciała leżące na podłodze. Wzdrygnąłem i gwałtownie się cofnąłem. Voldemort widząc to, parsknął i nogą szturchnął jedno z ciał.
— Znajdujemy się w Domu Riddle'ów.
— Twoim domu? — spytałem zszokowany, próbując nie patrzeć na zwłoki.
— Nie moim, ale mojej rodziny. Widzisz, Harry, nie tylko ty miałeś ciężkie dzieciństwo. Oto mój ojciec, plugawy mugol. A to moi dziadkowie – Thomas i Mary Riddle. — spojrzał na nich z wielką odrazą. — Również mugole.
— Zabiłeś ich. — powiedziałem.
Voldemort wzruszył ramionami, jakby niewiele go to obeszło.
— Owszem. Czy zasłużyli na coś innego? — zapytał.
— Dlaczego ich zabiłeś? Za to, że byli mugolami? — warknąłem. — Chcę ci przypomnieć, że sam jesteś półkrwi.
Riddle rzucił się na mnie wściekły. Uderzyłem plecami o ścianę, a on trzymał moją koszulę w swych dłoniach. Nachylił się nad moją twarzą. Czułem jego ciepły oddech.
— Wiem o tym! — ryknął zezłoszczony. — Nie byli warci życia. Plugawi mugole, dbający tylko o swoje potrzeby.
Chwilę później Riddle chyba w miarę uspokoił się, ponieważ puścił mnie i znowu skierował się w stronę swojej rodziny.
— Moja matka była szczerze zakochana w tym śmieciu, a on ją zostawił.
— Z tego, co wiem, to poiła go eliksirem miłosnym... — wtrąciłem, przypominając sobie co nieco.
— Tak... Przez niego musiałem żyć w sierocińcu. Nie chciał mieć nic wspólnego ze mną, więc zadbałem o to, by już nigdy nikogo nie skrzywdził.
— Uważasz to za gest dobrej woli? — parsknąłem, wskazując na ciała mugoli.
Tom uśmiechnął się.
— Nie mów, Harry, że i ty nie marzyłeś choć raz o tym, aby twoich Dursleyów spotkał podobny los. — skrzywiłem się, ale miał rację. — Jesteśmy podobni, czy tego chcesz, czy nie.
— Nadal nie rozumiem, po co mi to pokazujesz.— stwierdziłem.
Voldemort odwrócił się do mnie i znowu zaczął wpatrywać się w moje oczy.
— Jesteśmy w przeszłości, dziecko. Aby zrozumieć teraźniejszość i przyszłość, musisz poznać przeszłość. Teraz cofniemy się jeszcze troszeczkę. Do dnia moich narodzin. — pstryknął palcami i po chwili znikł mi z oczu salon dworu Riddle'ów.


* * *

Dolina Godryka wydawała się po raz pierwszy od dawna pełna czarodziei. Zakon Feniksa przejął ją do swoich celów i wykorzystywał jako bazę. Świat po śmierci Voldemorta nadal nie był bezpieczny. Śmierciożercy żyją i nie zapomną o porażce swojego pana tak szybko.
Severus Snape stał przy oknie swojego gabinetu i wpatrywał się w uliczki pełne czarodziejów. Jego myśli zajmował Harry. Po cichu liczył, że chłopiec wkrótce do nich wróci i wszystko będzie tak jak dawniej. Teraz mógłby mu wynagrodzić lata drwin i cierpienia. Tak bardzo pragnął, by jego syn powrócił.
Usłyszał pukanie, westchnął i mruknął „proszę”, zapraszając gościa.
— Witaj, Severusie. — Albus przywitał się i od razu usiadł na krześle naprzeciwko biurka.
— Jakieś postępy? — zapytał Snape.
Albus zaprzeczył, a Severus westchnął.
— W takim razie, o co chodzi? — zapytał.
— Może powinniśmy szukać u źródła?
— Mówiąc u źródła, masz na myśli...?
— Czarny Nil. — odpowiedział Dumbledore.
Severus gwałtownie wciągnął powietrze.
— I jak ty to sobie wyobrażasz? Wpadniesz do nich na herbatkę i wszystko ci wyśpiewają? — zadrwił.
Albus skrzywił się.
— Oczywiście, że nie. Zawrzemy układ. Coś za coś. Na to na pewno pójdą. A ja mam coś, czego one chcą. — uśmiechnął się tajemniczo.
Severus już wiedział, że jeszcze tego pożałują.


* * *

Alexander próbował dostać się do głowy chłopaka, ale ten skutecznie mu to utrudniał. Wyglądało to tak, jakby był w magicznej śpiączce. Nie odczuwał potrzeb fizjologicznych i nie wykazywał żadnych odruchów. O tym, że żyje, świadczył jedynie ruch klatki piersiowej, która rytmicznie unosiła się i opadała. Gdyby nie to Alexander już by panikował. Był sfrustrowany i zawiedziony, ponieważ liczył, że w końcu dowie się, co chodzi po głowie Pottera. Czemu Czarny Nil zdołał tak bardzo zmienić tego czarodzieja?
Ciągła presja powoli go wykańczała. Nie było efektów, a nawet... White miał wrażenie, że jest coraz gorzej.
Mieli za mało informacji, a za dużo domysłów.


* * *

— Cudowna okolica. — prychnąłem.
Voldemort zmroził mnie spojrzeniem, ale nic nie odpowiedział na moją jawną ignorancję.
— Gdzie tym razem mnie zabrałeś?
— Oto, mój Harry, Sierociniec Wool's w Londynie. To właśnie tutaj się wychowywałem. Chodź, zobaczymy, jak się rodzę. — parsknął śmiechem.
Oglądanie porodu Czarnego Pana nie było na mojej liście rzeczy do zrobienia. Zniesmaczony szedłem za Riddle'em. W głowie nadal miałem pustkę i nie mogę sobie nic przypomnieć. Ten fakt chyba wykorzystywał Tom. Widocznie nawet po śmierci będzie mnie nękał. A do tego mówił zagadkami, jakby nie mógł powiedzieć mi wprost, po co zorganizował tę jakże ciekawą wycieczkę. Zastanawiałem się, ile jeszcze dla mnie przygotował. Czy już zawsze będę musiał to oglądać?
Budynek wyglądał na zaniedbany, ale w środku okazało się, że tętnił życiem. Dzieci biegały po korytarzu, a Voldemort robił wszystko, byleby nie dotknęły go. Wyglądało to dosyć śmiesznie.
— To moja matka. — wskazał dłonią na kobietę znajdującą się w jednej z sal. Wyglądała przeraźliwie blado. Była już u kresu sił. — Ci mugole nie mieli pojęcia jak ją uratować. — powiedział zgorzkniały. — Zostawiła mnie samego. Jedyne co zdążyła zrobić, to nadać mi imię.
— Tom Marvolo Riddle... — szepnąłem powoli.
Dlaczego jego matka nie mogła urodzić go w świecie czarodziejów, tylko oddała go do mugolskiego sierocińca? To jest zastanawiające. Nie chciałem pytać o to Toma, wiedząc, że ten ponownie może się zdenerwować i już nie panować nad sobą tak dobrze, jak dotychczas. Niby wiedziałem, że to dzieje się w mojej głowie, ale czy Voldemort nie jest dla mnie nadal zagrożeniem? Jak daleko sięga jego władza w moim umyśle?
— Zgadza się. Tom po moim mugolskim ojcu, a Marvolo po dziadku. — wyjaśnił, przyglądając się martwej kobiecie. W rogu pokoju znajdowała się jeszcze jedna osoba. — To jest Pani Cole — zauważył, że przyglądałem się jej. — Jest wychowawczynią w tym sierocińcu.
Tom zamilkł na moment. Chyba pogrążył się we wspomnieniach. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale to nie było żadną nowością. Voldemort zawsze nosił idealnie wyprutą z emocji maskę.
— Tutaj wszystko się zaczęło. Pozwolisz, Harry, że przejdziemy teraz kilka lat do przodu...? — mruknął. Właściwie było to pytanie retoryczne, ale i tak skinąłem głową.
Znajdowaliśmy się teraz w pokoju z łóżkiem i szafą. Ciemnozielone ściany powodowały, że w pokoju było ponuro. Szara pościel, cichy i dywan przyprawiały mnie o głęboki smutek. W takim pokoju chyba wszyscy w końcu popadliby w depresję. Brak życia i kolorów przygnębiał.
— To Twój pokój? — spytałem, chcąc się upewnić.
— Owszem. Wkrótce spotkamy się z Dumbledore’em. — odpowiedział. — Przenieśliśmy się jedenaście lat do przodu. Chcę ci pokazać, jak okrutne mogą być dzieci.
Przed oczyma stanęły mi obrazy z dzieciństwa Voldemorta. Chłopczyk nigdy nie płakał. Widziałem, jak dzieci wyzywają go od dziwactw. Dokuczają mu w różny sposób, ale widziałem także, jak Voldemort zaczyna się buntować.
— Teraz patrz uważnie. — powiedział uradowany.
Tom potrafił siłą umysłu przesuwać różne przedmioty. Zadawać ból innym dzieciom. Wkrótce doprowadziło to do tego, że dzieci zaczęły się go bać. Jemu sprawiało to wielką radość. Skrzywiłem się i już w sumie nie dziwiłem się, że Tom stał się bezlitosnym Voldemortem. On to miał we krwi.
— Bawi cię to? — spytałem go, gdy zauważyłem, że uśmiecha się.
— Ciebie nie? Dostały to, na co zasłużyły. Poza tym to tylko mugolskie dzieciaki. Musiały dowiedzieć się, gdzie ich miejsce.
Chciałem jak najszybciej się stąd wyrwać, więc zapytałem:
— Kiedy spotkamy się z Dumbledore'em?
— Za chwilę, Harry. Teraz popatrz na te szatańskie dzieciaki. Zobacz, że mogę wszystko. Widzisz, jak królik powiesił się? Billy Stubb już po tym nie miał na tyle odwagi, aby się ze mną kłócić.
Westchnąłem ciężko.
— Chodź, pokażę ci moje trofea.
Trofea? Co on zbierał? Mało prawdopodobne jest, by kolekcjonował znaczki, prawda? Otworzył szafę w swoim pokoju. Znajdowało się w niej pełno zabawek, jakieś skrawki materiału, spinki i kolczyki.
— Skąd to masz i po co ci to? — spojrzałem na niego zdziwiony.
— To są moje trofea. Zabierałem tym dzieciakom różne rzeczy i ukrywałem je.
— To chore. — stwierdziłem.
Voldemort wzruszył ramionami.
— Ale pomyśl, jak wielka była satysfakcja jak widziałem, że szukają swoich rzeczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że nigdy ich nie odzyskają.
Psychopata. Volemort był psychopatą, mając już te kilkanaście lat. To było wstrząsające, widząc teraz jakby na żywo jego dzieciństwo. Ale wiedziałem, że im dalej tym będzie jeszcze gorzej...

________________________
Fas est et ab hoste doceri (łac.) – Warto się uczyć i od wroga – Owidiusz 

"I was so insatiable
Till the lights came on and the stories got old
Now there’s no one here I know
And the city outside's not the same anymore"
(Byłem taki nienasycony
Dopóki światła się nie zapaliły i opowieści się zestarzały
Teraz nikogo tu nie znam
A miasto na zewnątrz już nie jest takie samo)

To dla większego dobra. Kiedy się nad tym zastanowić, ma to sens na całym świecie. – cytat Śmierć w serialu Supernatural. Ogólnie moja Śmierć jest wzorowana na tej postaci z serialu Supernatural.
_______________________
Nie sądziłam, że ten rozdział pojawi się tak szybko (tylko dwa tygodnie po poprzednim). Naprawdę dobrze mi się go pisało. Dziękuję za wszystkie komentarze zarówno te tutaj jak i na Wattpadzie. Dobrze wiedzieć, że jeszcze ktoś czyta to opowiadanie – pierwszy rozdział został opublikowany prawie 6 lat temu. 
Jeszcze nie kończymy tej części, ale mogę powiedzieć, że nie będzie ona liczyć więcej niż 30 rozdziałów. 
W następnym rozdziale powrócimy do wycieczki Voldemorta i Harry'ego.
Na koniec chcę wam życzyć zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych. Trzymajcie się i #zostańciewdomu :) 
Do następnego! :)
Szablon
Alexx
ALEXX